Dzwonił alarm. Ale nie obchodziło mnie to.
Stałem oparty o ścianę, próbując udawać, że wcale mnie tam nie ma.
Wtem na celowniku ukazała się słodka, białowłosa dziewczynka.
Nie zwracałem na nią uwagi, skupiając się na ważniejszych sprawach.
Nie słyszałem nawet, że cokolwiek do mnie mówiła.
Dopóki nie pacnęła mnie w ramię.
- Nie jesteś posągiem - odezwała się.
- Naprawdę? - mruknąłem z przekąsem
- Nie, na niby...
I przez tą smarkulę się zaczęło...
***
Drogi przybyszu, jeśli chcesz wysłuchać do końca mojej nudnej historii, zaopatrz się w ciepłą herbatkę. I ciacha. Gotowy?
To zaczynamy.
W liceum borykałem się z wieloma problemami dorastania - a to narkotyki, a to alkohol, a to papierosy... Normalka.
Oprócz tego miewałem jeszcze małe zaburzenia psychiczne.. znaczy, małymi bym ich nie nazwał.
To wszystko przez patologicznego ojca i wyśmiewanie w szkole. Znaczy, tak twierdził psycholog.
A później psychiatra.
Terapie rewelacyjnych efektów nie przynosiły, bo jak miały przynosić, kiedy ja nie zamierzałem się leczyć.
Było mi dobrze żyjąc tak, jak żyłem.
Zacząłem interesować się krwią, morderstwami... Oglądałem potajemnie wiele psychicznych i kryminalnych seriali. Przez internet poznałem kilku podobnych do mnie fanatyków.
Pewnego dnia, po prostu uciekłem z chałupy, zostawiając matkę samą z dwójką młdszego rodzeństwa (ojciec już dawno gdzieś przepadł).
Żyłem z kasy zwiniętej z domu. Śpiąc na cudzych klatkach schodowych, czasem w rowie...
Spotkałem się z kolegami z internetu. Wspólnie założyliśmy swój "uliczny gang". Znaczy, od "gangu" się zaczęło, a skończyło na.. Cóż, zaraz się dowiecie.
Zwykłe napady i wymuszanie pieniędzy nam nie starczały. Żyć żyliśmy, ale.. brakowało nam rozrywki. Kumple korzystali jeszcze z usług "darmowych przyjemności", czyli po ludzku - z gwałtów.
Ja, oczywiście, aż tak podły nie byłem. Nie kręciły mnie tego typu zabawy.
Pewnego dnia, nieco upici, postanowiliśmy zrobić.. TO.
Nie, nie to. Zboczeńce jedne.
Postanowiliśmy zrobić z siebie grupę złoczyńców rodem z Marvela.
Tak zaczęły się nasze napady w przebraniach na większą skalę.
Czy mordowaliśmy? Dobre pytanie.
Czy ja mordowałem? Jeszcze lepsze pytanie.
W natłoku psychopatycznych myśli być może. Nie wiem, nie pamiętam. Będąc w stanie psychozy nic nie pamiętam.
W końcu nas złapano, taka kolej rzeczy.
Mnie wtrącili do psychiatryka ze względu na mój stan psychiczny. Powiadali, że to lepsze niż siedzenie w kiciu. Już wolałbym gnić za kratami więzienia, niż dostawać codziennie końską dawkę uspokajających, by nie musieli się mną zajmować przez najbliższy tydzień.
Przenosili mnie do wielu ZPM'ów - Zakładów Prania Mózgu.
W końcu trafiłem..tu. Nie wiedząc nawet, że nie będzie to zwykły psychiatryk, a coś, dzięki czemu zacznę żyć na nowo...
***
Dziewczyna zawyła z bólu, i upadła jak martwa na podłogę.
Zerwałem się do biegu.
- Hej, ty! - krzyknął strażnik, który zaatakował białowłosą.
Wiedziałem, że póki nie zawoła mojego doktorka, nie będzie mnie w stanie złapać.
A zanim go znajdzie, może zdążę uciec. Gdziekolwiek.
Obmyślałem masę sposobów ucieczki, jednak ten został mi chyba z góry zesłany. Całkiem przypadkiem.
Biegnąc korytarzem, ujrzałem przed sobą pokażną grupkę strażników. Niech to szlag.
Zawróciłem i skręciłem w inny korytarz. Potem w następny,
Był prawie pusty, po jednej jego stronie znajdowały się tylko jedne drzwi. Inne od reszty. Próbowałem je otworzyć. Bezskutecznie, przecież w budynku labolatorium medycznego połączonego z więzieniami psychiatrycznymi wszystko jest szczelnie zamknięte i uniemożliwiające ucieczkę.
Z całej siły kopnąłem nogą w drzwi. O dziwo, rozpadły się w drobne kawałki.
Musiałem przyznać, że ten gen dawał całkiem niezłe możliwości..
Nie mogłem zmarnować tej szansy.
Za rozwalonymi drzwiami znajdowało się ciemne pomieszczenie. Na oślep zacząłem biec, potykając się o jakieś rzeczy.
Zdawało mi się, że w ciemnościach widziałem jakieś maszyny, roboty.. ale kto tam wie.
Dotarłem do kolejnych drzwi. Kopnąłem w nie raz, drugi. Już prawie.
Słyszałem kroki i krzyki. Byli już coraz bliżej mnie.
Chwyciłem coś metalowego z podłogi. Zamachnąłem się i uderzyłem z całej sił w drzwi. Następnie powtórzyłem czynność dodając solidny kopniak.
Wylądowałem na podłodze po drugiej stronie.
Szybko się podniosłem.
Skierowane były na mnie oczy mnóstwa naukowców znajdujących się za szybami pomieszczenia.
Zdezorietnowany tylko się rozglądałem. Zdążyłem zauważyć doktorkę stojącą na środku pomieszczenia, a obok niej średniego wzrostu dziewczynę.
Nasze spojrzenia zetknęły się. Miała ładne, krwistoczerwone oczy...
Nagle poczułem mocne uderzenie w tył głowy, po czym przeszywający ból w szyi, rozchodzący się po całym ciele.
Zapaowała ciemność.
niedziela, 18 września 2016
poniedziałek, 12 września 2016
Rozdział 2
- Też cię nienawidzę. - przewróciłam głową, patrząc na chłopaka siedzącego obok. - Jesteś brzydki. I do tego... - przejechałam bladym jak ściana palcem po jego twarzy - Jesteś zbyt małomówny, kotku. Nie lubię takich ludzi. - oderwałam manekinowi głowę.
Jesteśmy kwita.
Już od godziny czekałam na jedzenie. Jeżeli każą mi czekać choćby minutę, to zabiję ich własnymi rękoma. No... O ile mnie wypuszczą. Nie wiedzieć czemu, zaczęłam się śmiać na cały głos.
- Chcę OBIAD! - zaczęłam krzyczeć i bić w kratki.
Wtem, usłyszałam kroki. Najprawdopodobniej, była to kobieta. Jej obcasy głośno stukały o podłogę, robiąc echo w całej sali. Oprócz niej i mnie, nie było tu żadnej żywej duszy. Nie chcieli mnie umieścić w pomieszczeniu z innymi tak jak reszty sąsiadów. Mój ostatni współlokator zaczął narzekać, że próbuję go zabić kiedy śpi. Nie próbowałam. Ja chciałam to zrobić.
Usiadłam grzecznie na drewnianym (i połamanym) krześle, domagając się wyjaśnień. W najlepszym wypadku tylko lekko ją zranię. O ile nie weźmie swoich cudownych ochroniarzy. Drzwi się otworzyły, a w nich stanęła dr. Sanus. Za nią było chyba piętnastu uzbrojonych ochroniarzy. Tyle zadymy tylko po to, żeby dać biednemu człowiekowi jeść? Jednak, nie zobaczyłam w jej rękach tacy z daniem. Podeszła do mnie, a ja już miałam zamiar wykręcić jej rękę, gdy podszedł do mnie ochroniarz i chwycił w pasie. Syknęłam. Nikt nie miał prawa mnie dotykać.
- Gdzie jedzenie? - zapytałam z wściekłością.
Nic nie odpowiedziała. Zamiast tego, przybliżyła się jeszcze bardziej, przez co udało mi się uderzyć ją w twarz. Nie pamiętam czy został ślad, bo poczułam wtedy niewiarygodny ból. Był straszny. Pobieranie krwi, zastrzyk, czy nawet zszywanie rany było przy tym niczym. Zaczęłam krzyczeć. Nie wiem czy ktoś przez to nie ogłuchł i zresztą mało mnie to obchodziło. Niech najlepiej wszyscy ogłuchną i przestaną mnie torturować!
***
Obudziłam się w zielonej sali. Stało w niej mnóstwo roślin doniczkowych. Ciekawe po co? Próbowałam się podnieść, ale kiedy to zrobiłam, głośno jęknęłam. Beznadziejne kable. Byłam do nich przykuta. Zaczęłam się wyrywać, co tylko wzmocniło mój ból. Znowu krzyczałam. Wtedy do sali wszedł mężczyzna. Milusi.
- Wypuść mnie. - powiedziałam głośno i z frustracją.
- Kochanie, tu nie ma czegoś takiego jak wypuść mnie. Teraz jesteś naszą własnością. Zostaniesz wykorzystana do celów naukowych. - spojrzał na mnie.
- Wypuść mnie. - powtórzyłam.
Możliwe, że nie zrozumiał.
- Nie chcę ci tego robić, ale... muszę, złotko. Lepiej zamknij oczy.
- WYPUŚĆ MNIE! - biłam nogami o materac.
Wszystko tak strasznie bolało. Zaczęło mnie dręczyć uczucie bezsilności. Wtedy ten mężczyzna zadał mi kolejną dawkę męczarni, po której dosłownie zwijałam się z bólu. Wreszcie zamknęłam oczy.
***
Otworzyłam powieki. Nie czułam bólu. Czułam nienawiść. Gdzie ci popaprańcy są?! Gdzie do cholery?! Chętnie pogłaskałabym ich nożem po policzku. Obróciłam głowę, ale nikogo nie zobaczyłam. Proszę bardzo, zamknijcie mnie w kolejnej celi. Zmusiłam się do wstania. Oderwałam wszystkie kable trzymające mnie i ruszyłam na przód. Czułam, że coś było nie tak. Ocknęłam się. Metalowa noga. To teraz mamy się stać robotami? Pomachałam nią w przód i w tył. Otworzyłam drzwi na korytarz, ale także nikogo nie było. Przekroczyłam próg. I w tym momencie usłyszałam najgłośniejszy alarm jaki mogłam w życiu usłyszeć. Cały czas wył. Zastanawiałam się o co chodzi, ale kiedy usłyszałam kroki, stwierdziłam, że to pewnie jakieś zagrożenie i puściłam się biegiem. Ta noga dawała mnóstwo możliwości. Choćby, gdy biegnę mogę uderzyć nią jakąś osobę, a ona nie wstanie (sprawdzałam). Nieco zmęczona stanęłam, aby zaczerpnąć oddechu. Wtedy zobaczyłam jakiegoś chłopaka opartego nogą o ścianę.
- Wiesz czemu ten alarm tak wyje? - zapytałam.
Albo nie wiedział, albo po prostu mnie olał. Zgaduję, że to pierwsze. Przegryzłam wewnętrzną stronę wargi, patrząc na niego. A może był posągiem? Dotknęłam go palcem.
- Nie jesteś posągiem. - stwierdziłam.
- Naprawdę? - mruknął z ironią.
- Nie, na niby. - przewróciłam oczami.
Wtedy znowu usłyszałam kroki. Stanęłam przy nim, przyglądając się mu.
Nim się obróciłam, znów zobaczyłam ciemność. Upadłam na ziemię, słysząc różne głosy.
Jesteśmy kwita.
Już od godziny czekałam na jedzenie. Jeżeli każą mi czekać choćby minutę, to zabiję ich własnymi rękoma. No... O ile mnie wypuszczą. Nie wiedzieć czemu, zaczęłam się śmiać na cały głos.
- Chcę OBIAD! - zaczęłam krzyczeć i bić w kratki.
Wtem, usłyszałam kroki. Najprawdopodobniej, była to kobieta. Jej obcasy głośno stukały o podłogę, robiąc echo w całej sali. Oprócz niej i mnie, nie było tu żadnej żywej duszy. Nie chcieli mnie umieścić w pomieszczeniu z innymi tak jak reszty sąsiadów. Mój ostatni współlokator zaczął narzekać, że próbuję go zabić kiedy śpi. Nie próbowałam. Ja chciałam to zrobić.
Usiadłam grzecznie na drewnianym (i połamanym) krześle, domagając się wyjaśnień. W najlepszym wypadku tylko lekko ją zranię. O ile nie weźmie swoich cudownych ochroniarzy. Drzwi się otworzyły, a w nich stanęła dr. Sanus. Za nią było chyba piętnastu uzbrojonych ochroniarzy. Tyle zadymy tylko po to, żeby dać biednemu człowiekowi jeść? Jednak, nie zobaczyłam w jej rękach tacy z daniem. Podeszła do mnie, a ja już miałam zamiar wykręcić jej rękę, gdy podszedł do mnie ochroniarz i chwycił w pasie. Syknęłam. Nikt nie miał prawa mnie dotykać.
- Gdzie jedzenie? - zapytałam z wściekłością.
Nic nie odpowiedziała. Zamiast tego, przybliżyła się jeszcze bardziej, przez co udało mi się uderzyć ją w twarz. Nie pamiętam czy został ślad, bo poczułam wtedy niewiarygodny ból. Był straszny. Pobieranie krwi, zastrzyk, czy nawet zszywanie rany było przy tym niczym. Zaczęłam krzyczeć. Nie wiem czy ktoś przez to nie ogłuchł i zresztą mało mnie to obchodziło. Niech najlepiej wszyscy ogłuchną i przestaną mnie torturować!
***
Obudziłam się w zielonej sali. Stało w niej mnóstwo roślin doniczkowych. Ciekawe po co? Próbowałam się podnieść, ale kiedy to zrobiłam, głośno jęknęłam. Beznadziejne kable. Byłam do nich przykuta. Zaczęłam się wyrywać, co tylko wzmocniło mój ból. Znowu krzyczałam. Wtedy do sali wszedł mężczyzna. Milusi.
- Wypuść mnie. - powiedziałam głośno i z frustracją.
- Kochanie, tu nie ma czegoś takiego jak wypuść mnie. Teraz jesteś naszą własnością. Zostaniesz wykorzystana do celów naukowych. - spojrzał na mnie.
- Wypuść mnie. - powtórzyłam.
Możliwe, że nie zrozumiał.
- Nie chcę ci tego robić, ale... muszę, złotko. Lepiej zamknij oczy.
- WYPUŚĆ MNIE! - biłam nogami o materac.
Wszystko tak strasznie bolało. Zaczęło mnie dręczyć uczucie bezsilności. Wtedy ten mężczyzna zadał mi kolejną dawkę męczarni, po której dosłownie zwijałam się z bólu. Wreszcie zamknęłam oczy.
***
Otworzyłam powieki. Nie czułam bólu. Czułam nienawiść. Gdzie ci popaprańcy są?! Gdzie do cholery?! Chętnie pogłaskałabym ich nożem po policzku. Obróciłam głowę, ale nikogo nie zobaczyłam. Proszę bardzo, zamknijcie mnie w kolejnej celi. Zmusiłam się do wstania. Oderwałam wszystkie kable trzymające mnie i ruszyłam na przód. Czułam, że coś było nie tak. Ocknęłam się. Metalowa noga. To teraz mamy się stać robotami? Pomachałam nią w przód i w tył. Otworzyłam drzwi na korytarz, ale także nikogo nie było. Przekroczyłam próg. I w tym momencie usłyszałam najgłośniejszy alarm jaki mogłam w życiu usłyszeć. Cały czas wył. Zastanawiałam się o co chodzi, ale kiedy usłyszałam kroki, stwierdziłam, że to pewnie jakieś zagrożenie i puściłam się biegiem. Ta noga dawała mnóstwo możliwości. Choćby, gdy biegnę mogę uderzyć nią jakąś osobę, a ona nie wstanie (sprawdzałam). Nieco zmęczona stanęłam, aby zaczerpnąć oddechu. Wtedy zobaczyłam jakiegoś chłopaka opartego nogą o ścianę.
- Wiesz czemu ten alarm tak wyje? - zapytałam.
Albo nie wiedział, albo po prostu mnie olał. Zgaduję, że to pierwsze. Przegryzłam wewnętrzną stronę wargi, patrząc na niego. A może był posągiem? Dotknęłam go palcem.
- Nie jesteś posągiem. - stwierdziłam.
- Naprawdę? - mruknął z ironią.
- Nie, na niby. - przewróciłam oczami.
Wtedy znowu usłyszałam kroki. Stanęłam przy nim, przyglądając się mu.
Nim się obróciłam, znów zobaczyłam ciemność. Upadłam na ziemię, słysząc różne głosy.
sobota, 3 września 2016
Rozdział 1 - Pani Katany
Znowu ból. I znowu. Kolejny raz.
Nie miałam już sił, by krzyczeć. Czyżby wszystko we mnie upadło?
Gdzie się podziała dawna siła? Siła, do walki...
Czułam, jak moje oczy coraz bardziej się zamykają. Czułam ciepło, rozchodzące się bo całym moim ciele, które powoli zastyfało w bezruchu.
Ostatkami sił próbowałam się uwolnić. Wydostać. Przerwać ten koszmar.
Po chwili zaczęło też brakować mi tchu.
Dlaczego byłam taka słaba? Wszystkie leki uspokajające nie działały na mnie tak mocno.
Nie wiedziałam jednak, że to nie jest zwykły środek uspiający.
Nie wiedziałam też, że po nim otrzymam nowe siły...
***
- Hiro Shinsara - odezwał się zimny, kobiecy głos.
Otworzyłam oczy.
Ku mojemu zdziwieniu, nie ujrzałam brudnej, ciemnej sali z psychiatryka. Nie leżałam też na dziurawym prześcieradle, a na miękkim łóżku, przykryta białą pościelą. Ściany pomieszczenia również były białe.
Stała nade mną kobieta o ciemnych, małych oczach ukrytych za okrągłymi okularami. Jej ciemne loki, ułożone niestarannie na czubku głowy, przypominały bardziej kupę, niż kok.
- Co wyście mi zrobili? - powiedziałam ochrypłym głosem.
Kolejne zaskoczenie. Nie myślałam, że z moich ust wydobędzie się jakikolwiek dźwięk.
- Same dobre rzeczy - uśmiechnęła się podle lekarka - zobaczysz. Spodobają ci się.. nowe umiejętności.
- Same dobre rzeczy - uśmiechnęła się podle lekarka - zobaczysz. Spodobają ci się.. nowe umiejętności.
- Jakie... - już miałam zadać pytanie, gdy spojrzałam na swoją lewą rękę, a raczej na jej.. brak - do cholery, coście zrobili z moją ręką?!
Wyskoczyłam z łóżka, olekceważąc fakt, że byłam podłączoną do EKG i kroplówki.
Zakręciło mi się w głowie. Przeszkodziły mi również te wszystkie kabelki, do których byłam podłączona.
Potknęłam się o brzeg łóżka, i wylądowałam prosto na lekarce.
Miałam doskonałą okazję, by ją udusić. By ją zabić. Za to wszystko. Za tyle lat cierpienia. Siedzenia jak zwierzę w klatce. Testów. Badań. Jakbym była króliczkiem doświadczalnym.
Wtem doktorka nacisnęła mały czarny przedmiot, który trzymała w ręce.
Zawyłam z bólu. Czułam, jak ktoś żywcem rozdziera moją szyję. Kości, mięśnie, żyły...
Nacisnęła ponownie.
Ból był jeszcze straszniejszy. Zsunęłam się z ciała kobiety jak zwłoki.
- Zabrać ją! - krzyknęła
Nie byłam w stanie się poruszać. Całę moje ciało przechodziły obezwładniające dreszcze.
Dlatego też nie protestowałam, gdy dwóch ochroniarzy zaczęło mnie gdzieś wynosić.
***
Dalej nie pamiętam już nic, prócz tego, że obudziłam się w tym samym pomieszczeniu lekarskim.
Mimo to udawałam, że nadal śpię, ale tylko po to, by poidsłuchać rozmowę lekarzy.
- Na pewno była gotowa na tą operację?
- Rzuciła się na mnie, jakby ją diabeł opętał! Nikt normalny nie byłby w stanie podnieść się z łóżka zaraz po przebudzeniu z tak wymagającej operacji. Przynajmniej nikt nie posiadający genomu...
- Była w stanie mówić?
- Tak. Do tego szybko zauważyła, że pozbawiliśmy ją ręki. Niech się już doktor nie martwi. Czuwam nad sytuacją. Jej stan był stabilny, dobrze, że nie marnowaliśmy niepotrzebnie czasu.
- Wierzę, że sprosta pani zadaniu, pani Greenvald.
- Oczywiście, pani Richardson.
Kobieta zbliżyła się do mojego łóżka. Pozwoliłam sobie otworzyć oczy.
- Witaj ponownie - uśmiechnęła się ponuro - na przyszłość, gdybyś chciała sprzeciwić się jakimkolwiek zasadom, pamiętaj, że zostaniesz ukarana tym oto narzędziem.
Wyjęła z kieszeni białego fartucha małe, czarne, prostokątne coś z czerwonym przyciskiem.
- Co to robi?
- To - uśmiechnęła się podle i nacisnęła guziczek.
Znowu ten ból. Ból rozdzierania całej mojej szyi. Krzyknęłam.
- Ból jest taki słodki, nieprawdaż? - pochyliłą się nad moją twarzą, na którą wstąpiły pierwsze krople potu - zwłaszcza dla takich jak ty...
- Zobaczysz, jeszcze zginiesz, i to z mojej ręki... - wychrypiałam.
Ponownie nacisnęła na guzik.
Echem po sali rozniósł się mój kolejny, przeraźliwy krzyk.
- To było ostrzeżenie. Masz być grzeczna. To my tu wydajemy rozkazy. Jesteś tylko małym, lichym pionkiem w naszej grze. I to od nas zależne są wszystkie twoje ruchy. Wszystkie.
Zmierzyąłm ją wściekłym spojrzeniem. W głowie już planowałam dla niej zemstę, najgorsze tortury, w najpodlejszych męczarniach..
- Ale nie jesteśmy tacy źli, jak ci się wydaje... - pogłaskała mnie po brodzie - zobacz, zwróciliśmy ci rekę. W nowym, lepszym stanie... Widzisz, jak wielkim dobrem odpłacamy się na takich jak ty, którzy zadali nam tyle bólu i trudu? Nam, niewinnym ludziom?
- A wciskaj tę gadkę komu innemu.. - wypowiedziałam na tyle cicho i niewyraźnie, by nie zaznać kolejnego ataku bolu z jej strony.
- Coś mówiłaś? - złapała mnie za oba policzki.
Z trudem pokręciłąm przecząco głową.
- To świetnie - odparła hardo - Za kilka godzin masz pierwsze badania sprawnościowe z użyciem własnej siły fizycznej. Tymczasem, miłego odpoczynku...
***
Kilka godzin później, o własnych nogach, znalazłam się w dużej sali, która z trzech stron posiadała wielkie, plastikowe szyby, które miały służyć obserwacji z zewnątrz.
Dotknęłam mojej szyi. A raczej czegoś, co się na niej znajdowało. Czarna, metalowa obroża, Jak dla psa. Nie było sposobu, by ją zdjąć. Żadnej klamry, żadnego przycisku, żadnego.. niczego.
Unios lam w górę moją nową, lewą rekę. Sztuczną rękę, wykonaną z nieznanych mi materiałów.
Jakimś cudem, nie była zwykłą protezą. Nie miałąm żadnych problemów z poruszaniem nią. Zachowywałą się zupełnie jak ludzka ręka. Kiedy i jak chciałam.
Nadal byłam obrana w ten paskudny, szpitalny worek, nazywany fartuchem. Eh..
Ujrzałam za szybami rzędy doktorów i innych zjebów - fanatyków nauki oraz medycyny.
Co tu się działo?!
Drzwi do sali otworzyły się, a do pomieszczenie stanowczym krokiem wparowała Greenvald.
- Witam wszystkich na pierwszym teście sprawnościowym uczestniczki tajnej operacji pod nazwą Kod Genezis. Jak mniemam, wszyscy zgromadzeni są dobrze poinformowani w szczegółach projektu, więc, by nie tracić czasu, przejdę do rzeczy. Obecna tutaj Hiro Shinsara, w ramach projektu, otrzymała nową kończynę, w stu procentach współgrającą z jej naturalnym ciałem. Połączona z nerwami proteza odbiera sygnały wysyłane przez mózg w tempie prawie tak szybkim jak ludzka kończyna. Ponadto, umożliwia użycie większej siły, co za tym idzie - gwarantuje lepszą sprawność w walce wręcz. - podniosła moją lewą rekę w górę.
Następnie kontynuowała:
- Panience Hiro wszczepiono również całkowicie nowy, stworzony labolatoryjnie genom, zwiększający jej zwinność, giętkość i szybkość. Stan zdrowia Hiro jest bardzo dobry, wręcz rewelacyjny, nie spodziewaliśmy się aż tak wysokiego rezultatu. Nie było żadnych powikłań, czy też problemów podczas wszystkich operacji. Teraz Hiro zaprezentuje państwu, co potrafi, dzięki naszym działaniom.
Naukowcy zaczęli szeptać między sobą. Byłam kompletnie zdezorientowana.
Wtem kobieta podałą mi do rąk katanę.
- Bierz to i walcz - nakazłą ostrym tonem - od wyniku tej bitwy zależy moja przyszłość. Tyle razy mnie nie zawiodłaś, nie zawiedź i teraz.
Nie byłam w stanie nawet nic powiedzieć.
Oglądałam ostrze z każdej strony.
Prawda, posługiwałam się już kataną, ale nie poisiadałam zbyt wielkich umiejętności.
Wtem drzwi z drugiego końca sali zostały otwarte, i wyszedł z nich olbrzymi robot. Znając życie, zaprogramowany do walki i posiadający sztuczną inteligencję.
- Walcz, albo zginiesz - usłyszałąm jego głos.
Zacisnęłam ręce na rękojeści miecza.
Maszyna uniosłą w górę swoją wielką, ciężką łapę. Cudem uniknęłam rozgniecenia na kwaśne jabłko.
"Skup się. Walcz" - powtarzałam sobie w myślach.
Podbiegłam do maszyny, i zaczęłam zadawać obrażenia.
Cięłam metal bez opamiętania, robiąc wiele uników, skoków i przewrotów. Nigdy nie czułam się tak silna. Tak zwinna. Tak lekka. I tak niesamowicie stworzona do walki.
Ostrze katany było na tyle wytrzymałe, że nie doznało żadnego uszczerbku. W końcu, na obecny 2103 rok to nie było nowością. Tyle nowych pierwiastków, materiałów..
Po kilku minutach części robota rozniesione były po całej sali.
Otarłam ręką pot z czoła. Odsapnęłam z ulgą. Mimo to, bitwa dała mi dużo sił i satysfakcji. Zrozumiałam, że mogę być zdolna do.. wszystkiego. Z tak nieziemskimi umiejętnościami.
Naukowcy kiwali głowami z zadowoleniem, niektórzy nawet klaskali.
Do pomieszczenie weszła Greenvald.
- Dobra robota, Hiro - uśmiechnęła się do mnie.
I tak nadal uważam ją za wstrętną jędzę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)