Dzwonił alarm. Ale nie obchodziło mnie to.
Stałem oparty o ścianę, próbując udawać, że wcale mnie tam nie ma.
Wtem na celowniku ukazała się słodka, białowłosa dziewczynka.
Nie zwracałem na nią uwagi, skupiając się na ważniejszych sprawach.
Nie słyszałem nawet, że cokolwiek do mnie mówiła.
Dopóki nie pacnęła mnie w ramię.
- Nie jesteś posągiem - odezwała się.
- Naprawdę? - mruknąłem z przekąsem
- Nie, na niby...
I przez tą smarkulę się zaczęło...
***
Drogi przybyszu, jeśli chcesz wysłuchać do końca mojej nudnej historii, zaopatrz się w ciepłą herbatkę. I ciacha. Gotowy?
To zaczynamy.
W liceum borykałem się z wieloma problemami dorastania - a to narkotyki, a to alkohol, a to papierosy... Normalka.
Oprócz tego miewałem jeszcze małe zaburzenia psychiczne.. znaczy, małymi bym ich nie nazwał.
To wszystko przez patologicznego ojca i wyśmiewanie w szkole. Znaczy, tak twierdził psycholog.
A później psychiatra.
Terapie rewelacyjnych efektów nie przynosiły, bo jak miały przynosić, kiedy ja nie zamierzałem się leczyć.
Było mi dobrze żyjąc tak, jak żyłem.
Zacząłem interesować się krwią, morderstwami... Oglądałem potajemnie wiele psychicznych i kryminalnych seriali. Przez internet poznałem kilku podobnych do mnie fanatyków.
Pewnego dnia, po prostu uciekłem z chałupy, zostawiając matkę samą z dwójką młdszego rodzeństwa (ojciec już dawno gdzieś przepadł).
Żyłem z kasy zwiniętej z domu. Śpiąc na cudzych klatkach schodowych, czasem w rowie...
Spotkałem się z kolegami z internetu. Wspólnie założyliśmy swój "uliczny gang". Znaczy, od "gangu" się zaczęło, a skończyło na.. Cóż, zaraz się dowiecie.
Zwykłe napady i wymuszanie pieniędzy nam nie starczały. Żyć żyliśmy, ale.. brakowało nam rozrywki. Kumple korzystali jeszcze z usług "darmowych przyjemności", czyli po ludzku - z gwałtów.
Ja, oczywiście, aż tak podły nie byłem. Nie kręciły mnie tego typu zabawy.
Pewnego dnia, nieco upici, postanowiliśmy zrobić.. TO.
Nie, nie to. Zboczeńce jedne.
Postanowiliśmy zrobić z siebie grupę złoczyńców rodem z Marvela.
Tak zaczęły się nasze napady w przebraniach na większą skalę.
Czy mordowaliśmy? Dobre pytanie.
Czy ja mordowałem? Jeszcze lepsze pytanie.
W natłoku psychopatycznych myśli być może. Nie wiem, nie pamiętam. Będąc w stanie psychozy nic nie pamiętam.
W końcu nas złapano, taka kolej rzeczy.
Mnie wtrącili do psychiatryka ze względu na mój stan psychiczny. Powiadali, że to lepsze niż siedzenie w kiciu. Już wolałbym gnić za kratami więzienia, niż dostawać codziennie końską dawkę uspokajających, by nie musieli się mną zajmować przez najbliższy tydzień.
Przenosili mnie do wielu ZPM'ów - Zakładów Prania Mózgu.
W końcu trafiłem..tu. Nie wiedząc nawet, że nie będzie to zwykły psychiatryk, a coś, dzięki czemu zacznę żyć na nowo...
***
Dziewczyna zawyła z bólu, i upadła jak martwa na podłogę.
Zerwałem się do biegu.
- Hej, ty! - krzyknął strażnik, który zaatakował białowłosą.
Wiedziałem, że póki nie zawoła mojego doktorka, nie będzie mnie w stanie złapać.
A zanim go znajdzie, może zdążę uciec. Gdziekolwiek.
Obmyślałem masę sposobów ucieczki, jednak ten został mi chyba z góry zesłany. Całkiem przypadkiem.
Biegnąc korytarzem, ujrzałem przed sobą pokażną grupkę strażników. Niech to szlag.
Zawróciłem i skręciłem w inny korytarz. Potem w następny,
Był prawie pusty, po jednej jego stronie znajdowały się tylko jedne drzwi. Inne od reszty. Próbowałem je otworzyć. Bezskutecznie, przecież w budynku labolatorium medycznego połączonego z więzieniami psychiatrycznymi wszystko jest szczelnie zamknięte i uniemożliwiające ucieczkę.
Z całej siły kopnąłem nogą w drzwi. O dziwo, rozpadły się w drobne kawałki.
Musiałem przyznać, że ten gen dawał całkiem niezłe możliwości..
Nie mogłem zmarnować tej szansy.
Za rozwalonymi drzwiami znajdowało się ciemne pomieszczenie. Na oślep zacząłem biec, potykając się o jakieś rzeczy.
Zdawało mi się, że w ciemnościach widziałem jakieś maszyny, roboty.. ale kto tam wie.
Dotarłem do kolejnych drzwi. Kopnąłem w nie raz, drugi. Już prawie.
Słyszałem kroki i krzyki. Byli już coraz bliżej mnie.
Chwyciłem coś metalowego z podłogi. Zamachnąłem się i uderzyłem z całej sił w drzwi. Następnie powtórzyłem czynność dodając solidny kopniak.
Wylądowałem na podłodze po drugiej stronie.
Szybko się podniosłem.
Skierowane były na mnie oczy mnóstwa naukowców znajdujących się za szybami pomieszczenia.
Zdezorietnowany tylko się rozglądałem. Zdążyłem zauważyć doktorkę stojącą na środku pomieszczenia, a obok niej średniego wzrostu dziewczynę.
Nasze spojrzenia zetknęły się. Miała ładne, krwistoczerwone oczy...
Nagle poczułem mocne uderzenie w tył głowy, po czym przeszywający ból w szyi, rozchodzący się po całym ciele.
Zapaowała ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz